Cichociemni i ich znaczenie dla Armii Krajowej

Dodał: ~gość
Data dodania: 06 września 2001
Średnia ocen: 2,6
Oceń: (dno)  0     1     2     3     4     5     6  (super)

» Skomentuj prace
» Zgłoś naruszenie regulaminu / plagiat


"Cichociemni" - nazwa specjalnego oddziału Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie
(W. Brytania), przeznaczonego do szkolenia i przygotowania kadr dowódczych i
żołnierzy wywiadu i dywersji, kierowanych do walki na terytorium okupowanej
Polski. Po ukończeniu programowego kursu żołnierze cichociemni (w większości
oficerowie) przerzucani byli drogą lotniczą do kraju, gdzie wykonywali funkcje
kierownicze i dowódcze w komórkach dywersji (Kedyw), wywiadu ZWZ - AK, m.in. w
akcji "Wachlarz".

W zrzutach dokonywanych od 15 II 1941r. - 26 XII 1944r. Skierowano do kraju
łącznie 344 skoczków, a 44 do innych krajów pod okupacją niemiecką (82 z nich
zginęło w walce z Niemcami).

Nazwa Cichociemni (CC) powstała wśród żołnierzy polskich w Szkocji w roku 1941
na tajnych kursach dywersji dla kandydatów do służby w kraju - podczas nocnych
ćwiczeń, podchodów, zasadzek. Określała, choć niezbyt regulaminowo, ale
trafnie. Obejmuje 316 żołnierzy AK zrzuconych do Polski w latach 1941-1944,
początkowo w Wielkiej Brytanii, a później z południowych Włoch. Ponadto
zrzucono do kraju 28 kurierów politycznych. 17 Polaków skakało w ramach akcji
SOE do Albanii, Francji, Grecji, Jugosławii, i północnych Włoch. Liczba ta nie
obejmuje Polaków, którzy w ramach polskiego zespołu francuskiej sekcji SOE byli
zrzuceni do prowadzenia dywersji i wywiadu przy pomocy półmilionowego
górniczego środowiska polonijnego w północnej Francji. Spośród cichociemnych
zrzuconych do kraju 91 zginęło podczas wojny, 9 nie doleciało do Polski -
zostali zastrzeleni podczas lotu, zabici w katastrofie wiozącego ich samolotu
lub podczas skoku.

Tajemnica, która okrywała cichociemnych od pierwszego ochotniczego zgłoszenia
się w Anglii aż po ostatni dzień konspiracyjnej służby w Polsce, uchroniła
niejednego z nich przed gestapo, ale w rezultacie utrudniła utrwalenie historii
tej zbiorowości żołnierskiej.

Inicjatywa zasilania organizacji podziemnych w kraju wyszkolonymi za granicą
specjalistami, z której wywodzą się cichociemni, wyszła od majora Macieja
Kalenkiewicza i majora Jana Górskiego. Dwaj przyjaciele, młodzi oficerowie
sztabowi, w lutym 1940 roku złożyli w Paryżu generałowi Sikorskiemu memoriał
proponujący szkolenie desantowców. Wśród różnych sposobów ich przerzutu do
kraju autorzy wysuwali skoki spadochronowe, lądowanie samolotów i
wodnopłatowców, które miały być niszczone po osiągnięciu celu. Nim propozycja
doczekała się rozpatrzenia, Francja upadła, władze emigracyjne przeniosły się
do Londynu.

Autorzy memoriału pozostali wierni swej idei. Obaj jako cichociemni skakali do
Polski. Major Maciej Kalenkiewicz - "Kotowicz", zrzucony z 27 na 28 grudnia
1941 roku zginął 21 sierpnia 1944 roku w bitwie pod Surkontami. Major Jan
Górski - "Chomik", zrzucony z 14 na 15 marca 1943 roku, zginął zamęczony przez
gestapo po aresztowaniu go w Krakowie 11 sierpnia 1944 roku.

Polskie postulaty nawiązania łączności z krajem trafiły na podatny grunt w
Wielkiej Brytanii. Łączność z okupywaną Polską była niezbędna również dla
brytyjskiego sztabu, który na wypadek napaści Hitlera na Związek Radziecki
przypisywał Polsce, stanowiącej wówczas bezpośrednie zaplecze frontu, ważną
rolę w prowadzeniu wywiadu i dywersji.

Projekt stworzenia oddziałów dywersyjnych zrzucanych na tereny zajęte przez
wroga powstał w Wielkiej Brytanii jeszcze przed wojną. 16 lipca 1940 roku
premier Churchill zlecił Hugh Daltonowi, ministrowi Wojny Gospodarczej,
stworzenie potężnej organizacji dywersyjnej

SOE - Special Operation Executive (Kierownictwo Operacji Specjalnych). Legenda
- czy raczej usłużna propaganda - przypisuje Churchillowi lapidarne określenie
zadań szefa SOE: "Podpali pan Europę."

Pierwszą powołano w SOE sekcję francuską, następnie polską, która patronowała
cichociemnym zrzutom. Ponadto w SOE działały sekcję: albańska, duńska, grecka,
holenderska, jugosłowiańska, niemiecka, norweska, Półwyspu Iberyjskiego i
włoska. W odróżnieniu od innych sekcji SOE polskie zrzuty cichociemnych
wyróżniały się znacznym stopniem organizacyjnej samodzielności. Dobór skoczków
dokonywany był wyłącznie przez władze polskie, pseudonimy, dobrane przed
skokiem, znane były tylko w oddziale IV sztabu, władze brytyjskie nie miały do
nich dostępu. Polacy, jedyni w Wielkiej Brytanii, posiadali własny kod w
łączności z krajem.

Całość cichociemnych zrzutów do Polski to jedna z trudniejszych i ciekawszych
operacji drugiej wojny. Rozgrywana jednocześnie na ogromnym obszarze i w wielu
krajach: na kursach dywersyjnych wśród pustkowi północnej Szkocji; w tajnych
ośrodkach szkolenia w Anglii zamaskowanych obojętnymi kryptonimami; na
specjalnym lotnisku polowym tak zakamuflowanym wśród szklarni i farm pod
Londynem, że nie wytropiły go niemieckie samoloty rozpoznawcze; na trasach
nocnych lotów ponad Danią i Szwecją, Albanią, Jugosławią, Węgrami i
Czechosłowacją; w dalekosiężnych bazach łączności w Londynie i Brindisi i w
placówkach łączności radiowej AK tropionych nieustannie przez niemieckie stacje
namiarowe; na placówkach wyczekiwania i zrzutowiskach w Generalnej Guberni; w
lokalach kontaktowych dla "ptaszków" w Warszawie.

W krąg cichociemnych spraw włączyły się ochotniczo dziesiątki tysięcy ludzi:
skoczkowie wybrani z tysięcy kandydatów, instruktorzy przedziwnych specjalności
i zawodów; lotnicy polscy i brytyjscy, najlepsi z najlepszych, którzy po
odbyciu swej "kolejki" wypraw bombowych nad Niemcy zgłaszali się do samotnych
nocnych lotów; spiker Polskiego Radia nadającego w programie BBC, znający kod
zapowiedzi alarmowych dla placówek odbioru w kraju, i żołnierze AK tychże
placówek, także i ci, którzy po dziesiątkach alarmów i miesiącach wyczekiwania
z bronią w ręku, wbrew melodyjnym zapowiedzią BBC, nigdy nie doczekali się
zrzutu; "ciotki" - niepozorne, bohaterskie kobiety, które nie bacząc na
łapanki, wpadki i aresztowania opiekowały się skoczkami w okresie aklimatyzacji
po skoku; ludzie przyjmujący cichociemnych pod swój dach. Brali udział w
organizowaniu cichociemnych zrzutów nieliczni znani z nazwiska czy pseudonimu i
rzesza ludzi anonimowych - cierpliwych, niezawodnych, odważnych. Zmobilizowano
do tej akcji znaczny potencjał przemysłu i wynalazczości, jak i zwykłej
pomysłowości; eskadry specjalnie przystosowanych bombowców; tajną służbę
meteorologiczną nadsyłającą do Anglii, a później do Włoch komunikaty z podbitej
Europy; stacje radarowe i zwykłe latarki, wyznaczające na sygnał radiowy z
Londynu kierunek nalotu bombowca na polanie pod Łowiczem; służbowy samochód
powiatowego lekarza, którym przewożono zrzucaną broń.

Zadziwia prowadzenie tak rozległej i długotrwałej operacji wojennej w tajemnicy
przed nieprzyjacielem. Wywiad niemiecki i gestapo wiedziały o cichociemnych
zrzutach do Polski. Jednemu z aresztowanych w Warszawie skoczków pokazano na
Szucha fotografię z kursu w Anglii, w którym brał udział. Ale mimo znajomości
celów, zakresu i sposobu prowadzenia cichociemnych zrzutów Niemcy nie potrafili
nigdy włączyć do nich swych agentów ani tak rozszyfrować organizacji zrzutów do
Polski, by móc je skutecznie zwalczać. O możliwości takiej penetracji
świadczyły tragiczne doświadczenia francuskich spadochroniarzy zrzucanych z
Anglii, którzy niejednokrotnie skakali w ręce Niemców.

Operacja cichociemnych zrzutów obejmowała trzy działy: dobór i szkolenie
skoczków, przerzut do Polski, oraz odbiór zrzutów w kraju. Do służby w kraju
zgłosiło się 2413 ochotników, przeszkolonych i zakwalifikowanych zostało 579,
skakało 316 żołnierzy i 28 kurierów politycznych. Wycofywali się podczas
szkolenia, widząc, że podjęli decyzję ponad siły lub na skutek nieszczęśliwych
wypadków. Rezygnowali po nieudanym locie. Każda zmiana decyzji była
uwzględniana. Nie żądano nawet jej motywacji. Mimo to - a może właśnie dlatego
- wycofywali się bardzo nieliczni. Byli i tacy, w pełni przeszkoleni i
zdecydowani, którzy nie zdążyli skoczyć. Najstarszy skoczek miał 54 lata -
najmłodszy 20. Wśród cichociemnych reprezentowane były wszystkie stopnie
wojskowe: od generała dywizji do szeregowca, wszystkie rodzaje broni. Po skoku
skoczkowie awansowani byli o jeden stopień.

Szkolenie





Wyszkolenie skoczków obejmowało następujące specjalności: dywersja, wywiad,
łączność, zagadnienia lotnicze oraz oficerów sztabowych. Trwało od kilku
miesięcy do roku. Najdłużej przy szkoleniu oficerów wywiadu. Poziom i zakres
wyszkolenia oraz liczbę zrzucanych skoczków w każdej specjalności uzależniano
od żądań kraju. Pieczę nad wyszkoleniem dywersyjnym skoczków obejmował major
Józef Hartman, opiekun i przyjaciel cichociemnych. Programy szkoleniowe
doskonalono w miarę upływu czasu. Program z 1943 r. Różnił się w szczegółach od
obowiązującego w 1941 r. Inaczej jeszcze, bardziej skrótowo, wyglądał ułożony w
1944 r. w Bazie nr 10 "Impudent" w Ostuni, we Włoszech.

Duży wpływ na ich kształtowanie miały spostrzeżenia i uwagi nadesłane z kraju.
Studiowali je uważnie tak instruktorzy polscy, jak i Brytyjczycy. Bardzo
istotne były uwagi zgłoszone na podstawie obserwacji pracy pierwszych
cichociemnych, zrzuconych w okresie próbnym 1941/1942. Sugerowano na przykład
rozszerzenie programu z zakresu akcji na komunikację oraz naukę wyrobu środków
wybuchowych sposobem domowym. Uznano za niedostateczną znajomość broni
niemieckiej. Proponowano, by skoczkowie przechodzili wstępną zaprawę bojową,
biorąc udział w dywersji wykonywanej z Wysp Brytyjskich na kontynent. Zażądano
wręcz, aby wszyscy przysyłani do kraju byli dobrymi kierowcami samochodów i
motocykli. Uwag tego rodzaju było sporo.

Mimo wprowadzonych korekt, generalne zasady szkolenia pozostawały takie same:
jak najmniej teorii na zajęciach, jak najwięcej praktyki; nieustanny trening
fizyczny i doskonalenie w użyciu broni osobistej; wyrabianie dużej
samodzielności i wykształcenie cechy izolowania się od normalnego, przed
wojennego środowiska przy jednoczesnej umiejętności pracy w niewielkich
zespołach konspiracyjnych; przyswojenie jak największej aktualnych informacji o
sytuacji w kraju.

Inaczej przebiegało szkolenie dywersantów czy wywiadowców, inaczej
radiotelegrafistów czy oficerów sztabu. Jedno jest pewne wszyscy musieli
przejść kurs spadochronowy i odprawowy.

Program szkolenia obejmował cztery grupy kursów: zasadnicze, specjalnościowe,
uzupełniające oraz praktyki. Ponadto War Office posiadało sekcje doświadczalną,
która kompletowała najnowsze wynalazki w dziedzinie uzbrojenia i stopniowo je
ujawniała na pokazach połączonych z ostrym strzelaniem, jakie raz na kwartał
odbywały się w STS 43 w Audley End.

Było pięć kursów zasadniczych, które kolejno przechodzili skoczkowie
przygotowani na dywersantów: zaprawowy, badań psychotechnicznych,
spadochronowy, walki konspiracyjnej i odprawowy.

Kurs zaprawy dywersyjno-minerskiej, strzeleckiej i fizycznej miał dwojaki cel:
selekcjonował fizycznie kandydatów, i wstępnie przygotowywał do dalszego
szkolenia dywersyjnego. Kładziono na nim szczególny nacisk na zaprawę fizyczną
oraz uczono sprawnego strzelania z broni ręcznej w różnych, zaskakujących
sytuacjach - z biodra i z podrzutu, terenoznawstwa, walki wręcz, dżiu-dżitsu
oraz posługiwania się prostymi środkami minerskimi. Kandydat, który nie
ukończył kursu z innych przyczyn jak: przypadkowe zranienie, zwichnięcie czy
złamanie kończyny, odpadał definitywnie z dalszego szkolenia i wracał do domu.
Kursy te, prowadzone początkowo głównie dla oficerów 4. BKS pod Fort William
ukończyło 74 kandydatów na skoczków. W latach 1942 - 1944 szkolenie zaprawowe
prowadziła STS 25 ulokowana nadal w Invernesshire (Garramour, koło Arisaig) i
ukończyło je 208 skoczków. Zajęcia prowadzili instruktorzy brytyjscy oraz
polscy - kpt. Antoni Strawiński, por. Stefan Kaczmarek, por. inż. Aleksander
Legin i inni.

Kurs badań psychotechnicznych, zorganizowany przez Anglików, nie wiadomo dla
czego został uznany jako podstawowy. Był prowadzony w STS 7a koło Guildford,
trwał od tygodnia do dwóch, i ukończyło go 194 skoczków.

Kurs spadochronowy obejmował zaprawę spadochronową i skoki.

Przygotowanie do skoków mogło odbywać się w brytyjskim ośrodku spadochronowym w
Ringway, gdzie była ulokowana STS 51, i wtedy trwało zaledwie tydzień. Kandydat
na skoczka spotykał tam prócz Anglików także Czechów, Norwegów, Francuzów,
Holendrów, Jugosłowian, Węgrów. Natomiast jeśli trafił do ośrodka treningowego
1. SBSpad. w Largo House, pod Leven, w Szkocji, popularnego "Małpiego Gaju",
był poddawany intensywnemu treningowy co najmniej przez 2, a niekiedy nawet
przez 4 tygodnie. Gruntowne szkolenie, jakie tu przechodził, miało na celu nie
tylko nauczanie techniki skoku, ale i uelastycznienie przyszłego skoczka,
zasiedziałego od dłuższego czasu w garnizonach szkockich. Znikała sztywność
mięśni i ścięgien, sylwetka stawała się sprężysta. Dalsze ćwiczenia miały
nauczyć prawidłowego ułożenia ciała przy wyskoku przez dziurę w pokładzie
samolotu i przy zetknięciu z ziemią oraz wyrobić automatyczną reakcję do skoku
na rozkaz instruktora: "Go!" (idź) lub na zapalenie się zielonego światła, co
oznaczało zresztą to samo. Na zakończenie treningu w Largo skakano z wieży
spadochronowej.

Po zaprawie następowały skoki spadochronowe w Ringway. Skoczek wykonywał kilka
skoków: przeciętnie 5, w tym 1 nocny, nie było to jednak niezmienną regułą,
gdyż program szkolenia w Ringway ulegał stałym modyfikacjom. Początkowo liczbę
czterech skoków z samolotu powiększono ostatecznie do ośmiu, a mianowicie:
skoki dzienne - dwa z balonu i pięć z samolotu oraz jeden skok nocny.

Szkolenie spadochronowe przechodzili nawet lotnicy. Skok ze spadochronem,
jakiego ich wcześniej nie uczono, był skokiem z dużej wysokości, ratowniczym,
przy czym spadochron wyzwalany był przez skaczącego. Tu technika była inna.
Skakano z niedużej wysokości, a spadochron otwierał się automatycznie,
wyszarpywany z pokrowca taśmą statyczną, której drugi koniec mocowany był w
samolocie. Starano się przy tym wykonać skok jak najszybciej, skacząc jeden
drugiemu "na głowę", a to w celu zmniejszenia rozrzutu przy lądowaniu.

Od stycznia 1944 r. szkolenie spadochronowe prowadzono również w bazie nr 10 we
Włoszech.

Kurs spadochronowy ukończyło 703 skoczków.

Cichociemni skakali na spadochronach typu Irvin QD. Składają się one z okrągłej
czaszy wraz z linkami, uprzęży i dwóch pokrowców. Czasza spadochronu Irvin o
średnicy ok. 8m (50 m2) była wykonana z jedwabnej tkaniny o najwyższej jakości,
cechującą się ogromną wytrzymałością 18kg/cm2. Składała się z 28 trójkątnych
płatów, zszytych jedwabną nicią o wytrzymałości ok. 3,5 kG. Pomiędzy płatami
było wszytych 14 jedwabnych linek (a więc z czaszy zwisało 28 końcówek). Końce
linek mocowano po 7 do każdej z czterech szelek nośnych, opinających ciało
skoczka, te zaś łączyły się za pomocą części metalowej. Uprząż skoczka składała
się z 2 prawych i 2 lewych szelek nośnych, szelki siedzeniowej, 2 szelek
piersiowych i 2 udowych, szelek plecowych i centrycznego zamka.

Kurs walki konspiracyjnej początkowo był prowadzony był w STS 38 w Briggens. Od
1 maja 1942 r. został przeniesiony do STS 43 w Audlety End, a w 1944 r.
uruchomiono równoległy kurs w Bazie nr 10 w Ostuni. Miał on na celu nauczenie
organizowania i prowadzania walki małym zespołem dywersyjno-sabotażowym w
warunkach konspiracyjnych (taktyka działań dywersyjnych). Doprowadzono na nim
do perfekcji umiejętności minerskie i strzeleckie. Uczono także elementarnych
zasad radiotelegrafii, szyfrów innych przydatnych w podziemiu rzeczy. Oprócz
tego program obejmował ćwiczenia praktyczne prowadzone środkami pozorowanymi na
rzeczywistych obiektach. Ćwiczenia praktyczne, uzgadniane z władzami
angielskimi, były bardzo ciekawe i pożyteczne dla obu stron, tak dla przyszłych
cichociemnych, jak i usiłującej chronić obiekty brytyjskiej policji oraz Home
Guard. Od kursantów wymagano rozpoznania obiektu, zaplanowania akcji i skrytego
jej przeprowadzenia, tyle że ładunek nie był uzbrojony.

Kurs w STS 38 w Briggens trwał początkowo 3-4 tygodnie, później, w Audley End,
czas ten wydłużano aż dwukrotnie. Ukończyło go 630 skoczków. Kursy walki
konspiracyjnej przechodzili zarówno przyszli dywersanci , jak i skoczkowie
innych specjalności prócz oficerów wywiadu, lotnictwa czy niektórych
sztabowych.

Wreszcie ostatni kurs, odprawowy, miał na celu zamianę skoczka, żołnierza
żyjącego na wolności, w konspiratora. Pierwsze kursy odprawowe dla
cichociemnych, którzy skoczyli przed majem 1942 r., nie były w pełnym tego
słowa znaczeniu kursami. Poza niewielką ilością godzin wykładowych polegały na
wzajemnym douczaniu się. Odbywały się w zakonspirowanych lokalach dla skoczków
w Londynie, np. Queens Gate Terrace 1. Kursy odprawowe zostały zapoczątkowane w
lipcu 1942 r. w Audley End. Po 15 lipca 1943 r. wobec przeładowania ośrodka,
zostały przeniesione do STS 46, mieszczącej się w pobliskim Michley k. Newport.
W 1944 r. prowadzono je także w Ostuni, we Włoszech.

Jednocześnie ze szkoleniem pierwszych ochotników rozpoczęto przygotowania do
przerzutów. Zrzuty na zachodnich terenach Polski, położonych najbliżej Anglii,
były niemożliwe. Były to tereny włączone do Rzeszy, gęsto obsadzone policją,
pełne Niemców przybyłych na miejsca wysiedlonych Polaków. Do najbliższych
zrzutowisk położonych w Generalnej Guberni, to jest do rejonu Warszawy, było z
lotnisk Wielkiej Brytanii w linii prostej ponad 1500 kilometrów. Uwzględniając
konieczność omijania większych skupisk artylerii przeciwlotniczej, przeciwne
wiatry i złe warunki atmosferyczne, trzeba było mieć do dyspozycji samolot,
który w odpowiednio wybranej porze roku, pod osłoną nocy byłby w stanie w ciągu
12 do 15 godzin przelecieć bez lądowania 3500 kilometrów. Jedyny samolot, który
wchodził w grę, brytyjski bombowiec w stylu "Whithley", mimo wmontowania
dodatkowych zbiorników paliwa mógł przelecieć zaledwie 2500 kilometrów.

A tymczasem kraj upominał się o zrzuty. W początku listopada 1940 roku wyjeżdża
z Londynu kurier Naczelnego Wodza pułkownik "Heller", który przywozi do
Warszawy instrukcję omawiającą m.in. łączność z krajem przez skoczków
spadochronowych. Zapowiedziany początkowo termin rozpoczęcia zrzutów na
listopad 1940 roku nie został dotrzymany. Przygotowania przeciągały się. Na
przeszkodzie stał nadal brak odpowiedniego sprzętu lotniczego. Wreszcie
postanowiono zaryzykować zrzut z Whithleya. W nocy z 15 na 16 lutego 1941 roku
dokonano pierwszego spadochronowego zrzutu do Polski, pierwszej tego rodzaju
operacji w drugiej wojnie światowej.

Operacji tej, oznaczonej symboliczno-kpiarskim kryptonimem "Adolphus" oraz
numerem zero, dokonała brytyjska załoga pod dowództwem pilota F/Lt. F. Keasta
oraz trzej polscy spadochroniarze: kapitan lotnictwa Stanisław Krzymowski -
"Kostek", porucznik kawalerii Józef Zabielski - "Żbik", i kurier polityczny
Czesław Raczkowski.

Powolny whihley, mimo dodatkowych zbiorników paliwa nie gwarantował
dostatecznego zasięgu. Załoga zdecydowała się lecieć najkrótszą drogą prosto na
Düsseldorf - Berlin - w kierunku Śląska. Cichociemni postanowili skakać, gdy
tylko dotrą nad Polskę. Samolot wypalił połowę benzyny i dalszy lot w kierunku
Generalnej Guberni był niemożliwy. Skoczyli w czarną noc, nie wiedząc
dokładnie, gdzie są. Wylądowali w rejonie Skoczowa na terenach włączonych do
Niemiec. Przy lądowaniu Zabielski poranił się. Skoczkowie pogubili się,
przepadł ekwipunek. Raczkowski, aresztowany na granicy jako przemytnik,
przesiedział w więzieniu do końca roku. Pozostali dwaj, przy pomocy ludności,
każdy inną drogą, dotarli 20 lutego do Warszawy. Samolot na resztkach paliwa
powrócił do Anglii. Po wylądowaniu miał zaledwie 50 litrów benzyny, na 10 do 15
minut lotu. Lot ten, trwający 11 godzin i 45 minut, był wówczas rekordem RAF-u,
dokonanym na bombowcu, specjalnie do tego lotu przystosowanym. Załoga ryzykował
niemożność powrotu do Anglii. Samolot ostrzeliwany był przez artylerię
przeciwlotniczą.

Pilot-dowódca został odznaczony krzyżem Virtuti Militari, a pozostali
członkowie załogi Krzyżami Walecznych. Pośmiertnie - gdyż wysłani w dwa dni
później do wykonania podobnego zadania nie powrócili.

Pierwsza operacja zrzutowa udowodniła, że whithley do stałej łączności
spadochronowej z Polską nie nadaje się. W trosce o przyśpieszenie i zwiększenie
liczby lotów, które stawały się coraz bardziej niezbędne dla kraju, komendant
AK przekazał do Londynu uwagi i doświadczenia z pierwszego lotu:



"Zeskoki spadochronowe i zrzuty sprzętu możliwe obecnie tylko na obszarze
Generalnej Guberni, dlatego proszę wydłużyć pewny zasięg samolotów do środkowej
Wisły.

Nasilenie okupantów na terenie bardzo duże, odeszło wojsko, w miasteczkach
policja niemiecka, w przemyśle i handlu powiernicy niemieccy, w lasach często
niemiecka straż leśna, wszędzie sporo volksdeutschów, nasza policja niepewna,
ludność gadatliwa [...]

Warunki komunikacyjne i łączności są trudne. Charakter konspiracyjny pracę
ogromnie hamuje lub wręcz przerywa. Uruchomienie placówki wymaga 6 dni, terminu
tego proszę przestrzegać [...]. odwoływanie zarządzeń w terenie bardzo trudne,
częste obsadzanie placówek dekonspiruje.

Aby łączność lotnicza na tak wielką odległość była sprawna, trzeba do tego
zadania przeznaczyć pierwszorzędny sprzęt i doskonały personel znający teren
[...].

Zorganizować także wariant zeskoku poza placówką z dala od ludzi. Należy lepiej
ukryć spadochrony i nie wolno wyrzucać bagażu poza placówką. Z tych powodów
były rozesłane za skoczkami listy gończe i zaostrzona czujność władz.

Bez przewodnika lub dobrych informacji unikać podróżowania kolejami i głównymi
drogami. Częste rewizje za żywnością i doraźne sprawdzanie dokumentów nie są
zbyt niebezpieczne przy posiadaniu naszych starych dowodów osobistych i
zachowaniu pewności siebie i spokoju. Podczas podróży duże zabłocenie zwraca
uwagę.

Wskazane maskowanie rejonów skoków przez pozorowanie innych zadań: ulotki,
bombardowanie, wybierając cele na przedłużenie marszruty zrzutu.

Dla zamaskowania zrzutów zbombardujecie Okęcie - hangary Tow. (artyleria
p-lot) lub siedzibę Gestapo, al. Szucha od Rozdroża do Litewskiej..."



W kraju przystąpiono do organizowania odbioru zrzutów. Ostatecznie w roku 1942
w Oddziale V Sztabu KG AK powstał samodzielny Wydział Zrzutów "S" - "Syrena", w
skład którego wchodziły oddziały:

* "Import", którego zadaniem było wyszukiwania rejonów zrzutowisk, organizacja
placówek oczekiwania i odbioru zrzutów.


* "Ewa", którego zadaniem była ewakuacja i rozdział zrzutów, z samodzielną
komórką "ciotek", opieki nad skoczkami.




"Syrena" - "Import" - "MII-Grad" i na powrót "Syrena" były to kolejne
kryptonimy specjalnej komórki Oddziału V KG ZWZ-AK, zajmującej się sprawami
odbioru zrzutów lotniczych: kryptonim "Syrena" obowiązywał podczas zrzutów
próbnych, "Import" - w sezonach operacyjnych, "Intonacja" i "Riposta" do
czerwca 1944, "MII-Grad" - w okresie czerwiec-lipiec 1944 roku i znowu "Syrena"
w odwecie po Powstaniu Warszawskim.

Wiosną 1942 r. wprowadzono do operacji zrzutowych radiotelefon, pozwalający na
porozumiewanie się lotnika z placówką oczekiwania w promieniu kilkunastu
kilometrów, ale przeprowadzone próby nie dawały dobrych rezultatów. Dalszym
ulepszeniem było zaopatrzenie placówki odbioru w automatyczny nadajnik fal
ultrakrótkich, a samolot w odbiornik naprowadzający o zasięgu do 60 kilometrów
i precyzji naprowadzania do 200 metrów. Dostarczono do kraju jednak niewielką
liczbę takich aparatów i odnalezienie placówki zależało nadal od umiejętności
załogi samolotu. Z ziemi na charakterystyczny odgłos lecącego bombowca zapalano
umówione światła. Samolot podchodził do zrzutu na wysokości od 300 do 500
metrów. Na początku zrzucano sprzęt spakowany w kontenerach podwieszonych w
komorach bombowych, potem paczki na spadochronach spuszczane przez dziurę
skokową w podłodze bombowca, wreszcie skakali skoczkowie. Sprawnie
przeprowadzona operacja trwała 10 minut.



Znaczenie cichociemnych dla Armii Krajowej było bardzo istotne. Przysposobieni
do dywersji skoczkowie stawiali pierwsze kroki w "Wachlarzu", przydzielono tam
27 cichociemnych. Potrzebowały ich także prowadzące walkę bieżącą "Związek
Odwetu" (ZO) oraz Organizacja Specjalnych Akcji Bojowych "Osa" (późniejsza
"Kosa 30"). Po złączeniu się "Wachlarza" ze "Związkiem Odwetu" i "Osy",
powstało Kierownictwo Dywersji "Kedyw". Cichociemni pełnili tam funkcje
dowódcze, uczestniczyli w akcjach sabotażowych, wykorzystując swoje
doświadczenie. Chociaż w Polsce było ich zaledwie 344 to ich udział w obronie
kraju był ogromny.

Box reklamowy - zainteresowany?
Dodaj ściąge »

Komentarze

Ela 15 sierpnia 2008, z IP: 83.31.238.159     Zgłoś komentarz do skasowania
POWN,, Monika,,w Sztabie Naczelnego Wodza zajmowal sie wlasnie ta dzialalnoscia. W Brindisi byla XI Baza
Przerzutowa dla Armii Krajowej. Cichociemni startowali samolotami amerykanskimi
Użytkownik publikuje komentarze i opinie wyłącznie na własną odpowiedzialność. Właściciel Serwisu nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez użytkowników na łamach Serwisu.
Czas generowania strony: 0.0192 sekund.